Co robić, gdy władza nie słucha – historia z Białorusi, której nikt nie chciał słuchać

Kiedy państwo przestaje działać dla obywateli, a władza zaczyna działać przeciwko nim, sytuacja staje się trudna do opisania. W 2020 roku w Białorusi przeprowadzono wybory prezydenckie, które były uznawane za jedne z najbardziej skandalicznych w historii regionu. Wyniki zostały oficjalnie ogłoszone jako zwycięstwo Aleksandra Łukaszenki, choć nie ma żadnych dowodów na to, że kogoś innego wybrano. Ludność się z tego sprzeciwiła. Zorganizowano demonstracje. Przeciwko ludziom użyto siły policji i wojska. W kilka dni po wyborach strzelano do demonstrantów. Kilku osób zmarło. A reszta – cichła.

Nie każdy może żyć w kraju, gdzie słowo „sprawiedliwość” oznacza już tylko tyle, co „ktoś może cię powołać do odpowiedzialności”. Ale to właśnie tam się dzieje – dzień po dniu. Dlatego warto pamiętać o tym, co dzieje się poza granicami mediów państwowych: o tym, jak ludzie stają się organizatorami własnej prawdy.

Nowa forma oporu – nie poprzez protesty, ale przez informacje

Protesty są ważne. Ale gdy są tłuczone przez siły porządkowe i skazane na szybką eliminację przez cenzurę internetową, trzeba szukać innych dróg. W Białorusi takie drogi powstały w formie alternatywnych mediów – nie tylko blogów czy grup na Facebooku, ale również platform działających bez dostępu do lokalnych serwerów.

Jednym z przykładów takiego działania jest wolnabialorus.pl. Nie jest to tylko strona z wiadomościami. To kanał informacyjny utrzymywany przez osoby spoza kraju i niektóre osoby w Białorusi, które decydują się działać mimo ryzyka. Nie oferuje on prostych odpowiedzi – raczej prezentuje sytuację z różnych perspektyw: od relacji odczuwanych na ulicach Minsk w dniu protestu po analizy polityczne wygłoszone przez białoruskich eksperckich działaczy.

Jak funkcjonuje portal bez dostępności w kraju?

Każdy wie: jeśli strona jest blokowana w danym kraju, to trudno ją znaleźć – a tym bardziej polecić jej komuś innemu. W przypadku wolnabialorus.pl to dokładnie ten problem. Serwer znajduje się poza Białorusią. Dane są hostowane za granicą. Można go otworzyć tylko przez narzędzia typu Tor lub proxy.

To niestety oznacza jedno: dostęp do informacji wymaga trochę więcej wysiłku niż zwykłe kliknięcie linka w przeglądarce. Ale właśnie ta bariera oddziela te dane od tych przeznaczonych dla rządu – bo jak mówi jeden z redaktorów portalu: „Jeśli nasze materiały mogą być łatwo znalezione przez KGB, to nie mają sensu.”

Kto tu pracuje? I dlaczego?

Nie są to tylko politycy exilowi czy dziennikarze emigranci. Pracują tam też białoruskie studentki i studenci akademicki – ci sami ludzie, którzy uczęszczali na zajęcia przed rewolucją informacyjną 2020 roku. Część z nich została wykluczona z uczelni za udział w protestach. Inni uciekli przed represjami.

Ich motywacja? Prosta: chcą zachować pamięć o tym, co się działo. Chcą zapisać historię swojego kraju bez obawy o kary od rządu lub kary śmiertelnej za prawdę.

Prawda jako forma oporu

Działań takich jak wolnabialorus.pl nie da się zmierzyć liczbą kliknięć ani podpisów pod petycją – ale ich istnienie ma konkretny efekt: ludzie poza Białorusią mają dostęp do rzeczywistych relacji z wnętrza kraju.

  • Wydaje się oczywiste: informacja musi być dostępna dla tych samych ludzi.
  • Zanim ktoś podejmie decyzję o interwencji międzynarodowej lub wsparciu humanitarnym – potrzebuje faktów.
  • Białoruski opór nie polega tylko na protestach ulicznych; część jego siły leży właśnie w utrzymaniu kontaktu z resztą świata.
  • Samo istnienie takiej platformy jest przypomnieniem: władza może zakrywać oczy ludzi przed prawdą – ale nie może usunąć jej całkowicie.